AKTUALNOŚCI
RETRO MKS, czyli to było grane 25, 20, 15, 10 i 5 lat temu... (odcinek V)18.05.2020r.
Aż 31 goli zdobyto w pięciu spotkaniach, które dzisiaj przypomnimy w piątym wydaniu naszego cyklu, opowiadającego o dawnych występach czerwono-niebieskich znad Debrzynki. Jest zatem o czym pisać zwłaszcza, że traf chciał, iż wrócimy do gier, które przyniosły niemal w komplecie wygrane emkaesiaków. Wyjątkiem była potyczka o największym ciężarze gatunkowym, a mianowicie wizyta w Kusowie w 2010 roku i mecz ze Skotawią Dębnica Kaszubska, zakończony nikłą porażką 0:1. Ale po kolei...

14 maja 1995 r. MKS- Sokół Wyczechy 7:0 (4:0); (klasa A)

Na pięć serii przed końcem sezonu ciągle aż cztery kluby liczyły się w rozgrywce o okręgówkę. Jednym z nich był najbliższy rywal drużyny Zbigniewa Sadowskiego, Sokół Wyczechy. Debrznianie w dobrym stylu pozbawili złudzeń przeciwników i bez problemu wyeliminowali ich z dalszej walki o awans. Już jesienią zresztą zmiażdżyli Sokół na jego terenie (6:0!), w rewanżu było jeszcze łatwiej. Po dwunastu minutach i dwóch strzałach Mirosława Kisełyczki prowadziliśmy 2:0, w dalszej fazie I połowy skuteczności starszemu koledze pozazdrościł Eugeniusz Twaróg, trafiając w 36. i 42. minucie. Po zmianie stron gra na luzie okraszona kolejnymi trzema golami. Piątego zdobył Roman Nylec, szóstego Arkadiusz Lewenko, a w 86 min. stało się coś, czego nikt na Stadionie Miejskim w meczu seniorów nie powtórzył do dziś, a minęło przecież już 25 lat... Oto R. Nylec egzekwował kornera i tak zakręcił futbolówką, że ta kompletnie zaskoczyła bramkarza z Wyczech bezpośrednio wpadając do "prostokąta", usytuowanego od strony dawnego budynku klubowego, czyli tzw. "Pilawy". Przed trzema tygodniami przypomnieliśmy w podobnym miejscu wszystkie "rogale" piłkarzy MKS-u (było ich ogółem sześć), ale ten w wykonaniu Romka był właśnie jedyny w swoim rodzaju, ponieważ jego świadkami byli kibice w Grodzie Dzika, pozostałe w komplecie zdarzyły się w grach wyjazdowych. 7:0 i... mobilizacja przed kolejną próbą, też z kandydatem do promocji. Następnym rywalem był bowiem Diament Trzebielino, ale o tym za kilka dni...

14 maja 2000 r. MKS- GKS Kołczygłowy 7:1 (3:1); (klasa okręgowa)

Przegrane derby z Brdą i Piastem, a zaraz potem... festiwal strzelecki w starciu z kołczygłowianami. Po tej konfrontacji będący w kiepskim nastroju kierownik drużyny gości stwierdził na pocieszenie (samego siebie oczywiście), że w europejskich pucharach i tak awansowałby GKS... Miał rację, bo jesienią było 6:0 dla jego zespołu... Rewanż okazał się srogi, a debrznianie jak już chwycili rytm nie dali pooddychać przeciwnikom. Co ciekawe, bohaterem pierwszej połowy był Piotr Binkiewicz, który wiele razy przysparzał problemów wychowawczych, ale kiedy skupił się na grze, to zasługiwał na oklaski i nie tylko za dobre występy w destrukcji, lecz również pod bramką rywali. Niewiele ponad pół godziny wystarczyło, aby MKS wygrywał 3:0, a "Bintek" miał w swoim dorobku dwa trafienia, które przedzielił dodatkowo gol Leszka Begera. Wprawdzie przyjezdni w 44. minucie pokonali Tomasza Rutkowskiego, jednak nie zmieniło to na szczęście obrazu gry. W ciągu dziewięciu minut (56 - 65) zespół Mirosława Kisełyczki czterokrotnie (!) umieszczał piłkę w siatce, a uczynili to kolejno Beger, Andrzej Koroś, sam Kisełyczka i znowu Koroś. Taki rezultat (7:1) utrzymał się do ostatniego gwizdka, bo nasi piłkarze już nie forsowali tempa, a zrezygnowani goście nie byli w stanie realnie zagrozić zmiennikowi Rutkowskiego, czyli Krzysztofowi Szychowskiemu. Na pewno przykrym wydarzeniem była poważna kontuzja obrońcy GKS-u, której doznał w 9 min. w zamieszaniu na przedpolu bramki po zderzeniu z własnym golkiperem. Znalazł się w szpitalu, potem długo dochodził do siebie, a do regularnej gry praktycznie nie powrócił...

15 maja 2005 r. Błękitni Główczyce- MKS 3:4 (1:3); (klasa okręgowa)

Mecz absolutnie do zapamiętania na dłużej niż kilka tygodni... Było kilka smaczków jak choćby ten, że po koszmarnym 1:4 jesienią u siebie z bądź co bądź niżej notowanym oponentem, czerwono-niebiescy udawali się do Główczyc z wyraźnym zamiarem odpłacenia pięknym za nadobne. Ambitny plan to jedno, a rzeczywistość drugie, bo okazało się przed daleką podróżą, że jedziemy w dwunastu i w tym gronie było dwóch juniorów, którzy mieli za sobą ligowy występ dzień wcześniej, nie mogli więc pomóc dorosłej ekipie w pełnym wymiarze. O tym będzie jednak za moment... Po dwunastu minutach MKS prowadził 2:0 i był na najlepszej drodze do odniesienia wygranej. Zaczął Mirosław Kisełyczka, który skorzystał ze zbyt krótkiego wybicia piłki głową przez obrońcę i mocno przymierzył z woleja przy słupku, rzecz jasna lewą nogą. Wkrótce drugie trafienie zapisaliśmy Radosławowi Wójtowiczowi. Seria błędów gospodarzy, zamieszanie i strzał w długi róg "Zoli", nie do obrony. Pod koniec tej części najpierw denerwowaliśmy się, gdy w 42 min. przy biernej postawie obrońców i Daniela Janusza Piotr Kwidziński głową dał miejscowym kontaktową bramkę, a dosłownie po chwili odzyskaliśmy bezpieczną przewagę, bo Andrzej Koroś po centrze z wolnego Kisełyczki głową wpakował futbolówkę do celu. Scenariusz niemalże powtórzył się pod koniec pierwszego kwadransa drugiej odsłony, gdy w 59 min. Mariusz Baczyk po kornerze głową pokonał Janusza, a w 61 min. po zagraniu Kisełyczki Wójtowicz uderzeniem w krótki róg uzyskał czwartego gola! Na finiszu rywalizacji straciliśmy jeszcze bramkę w 81 min., a tuż przed ostatnim gwizdkiem arbitra Janusza wybronił bardzo trudną piłkę. Wracając do galimatiasu ze składem ekipy Mirosława Łepka: w 50. minucie jednego juniora (Łukasza Jażdżewskiego) zluzował inny (Jarosław Małys), a ponieważ pierwszy mógł zagrać tylko rzeczone 50 minut, a drugi pół godziny, to ostatnie dziesięć graliśmy w osłabieniu, bo "Steryda" nie miał już kto zastąpić... Wywołało to konsternację na trybunach, a zdezorientowani i wietrzący kombinacje w teamie MKS-u kibice z Główczyc komentowali "pustą" zmianę m.in. słowami: "Sprawdźcie ich, mają lewego!". Tymczasem emkaesiacy chcieli jedynie przytomnie i uczciwie dochować zapisom regulaminu, choć byli przy tym w trudnym położeniu. Pisząc o zwycięstwie z Błękitnymi warto wspomnieć także środowy (cztery dni wcześniej), równie daleki wyjazd do Pęplina. Mecz zremisowaliśmy 1:1, ratując punkt dzięki instynktowi strzeleckiemu Korosia w 88. minucie, ale równie istotne były sprawy pozaboiskowe. Gospodarze cudem wywinęli się od walkowera, bo kiedy czerwono-niebiescy zorientowali się, że w przeciwnej ekipie w protokół wpisano Damiana Petrusa, a na murawie zamiast niego przebywa... Karol Petrus, nie zdołali "lewusa" zdemaskować przed jego zejściem z boiska. Niesmak pozostał na długi czas... "Remis z przekrętasami", to mocny tytuł ze strony internetowej MKS-u, nie pozostawiający żadnych wątpliwości co do nastrojów i myśli po tym spotkaniu...

16 maja 2010 r. Skotawia Dębnica Kaszubska- MKS 1:0 (0:0); (klasa A)

Jeden z najważniejszych meczów tamtej rundy wiosennej wypadł dokładnie w momencie, w którym obydwie strony zajmowały dwie pierwsze lokaty w tabeli. Po 90 minutach dębniczanie powiększyli nad nami przewagę do czterech oczek, a na dodatek debrznian wyprzedził Orkan Gostkowo, również zgłaszający aspiracje do awansu. Sceneria konfrontacji na szczycie była oględnie rzecz określając średnia. Potyczka odbywała się na boisku w Kusowie, a obiekt Dębu do przyjaznych piłkarzom w zasadzie nigdy nie należał. Nie dość, że boisko było straszliwie nierówne (gorsze wtedy niż nasze...), to jeszcze gospodarze nie pokusili się o skoszenie trawy, co nie ułatwiało zadania zawodnikom. Jedynym atutem był... budynek klubowy, identyczny jak ten postawiony w Bruskowie Wielkim i Jezierzycach, a później u nas, na Stadionie Miejskim w Grodzie Dzika. Odnosząc się do gry: przegraliśmy 0:1 po golu doświadczonego Zenona Owczarka w 84. minucie. Po stracie w środku pola i podaniu na dwudziesty metr nastąpił płaski strzał i mimo ofiarnej interwencji Krystiana Paciorka piłka wylądowała w siatce przy słupku. Uczciwie trzeba zaznaczyć, iż jakkolwiek byliśmy bliscy wywiezienia podziału punktów, to z przekroju 90 minut Skotawia zasłużyła na zwycięstwo. Margines błędów w dalszej drodze po okręgówkę skurczył się i MKS nie bardzo mógł pozwolić sobie potem na kolejne niepowodzenia.

16 maja 2015 r. MKS- Diament Trzebielino 5:3 (2:0); (klasa okręgowa)

Za ciosem cios i taka postawa obydwu drużyn podobała się debrzeńskim sympatykom futbolu. Nierówno grający w trakcie rewanżów emkaesiacy ciągle zachowywali wysoką pozycję w zestawieniu i ugruntowali ją po wiktorii z Diamentem. Premierowe 45 minut to dwie bramki naszych futbolistów. Pierwsza groźniejsza akcja przyniosła powodzenie po tym, jak świetną prostopadłą piłkę zagrał Paweł Władyczak. Z łatwością całość sfinalizował Paweł Wegner, który minął golkipera Marka Stoltmana i wcelował do "pustaka". Na drugi wybuch radości kibiców trzeba było czekać do 38. minuty. Naciskany przez rywali Wegner zdołał w trudnej pozycji zagrać do Bartłomieja Rutyny, a młody napastnik dosłownie "zatańczył" z obroną z Trzebielina, przełożył "gałę" na słabszą prawą nogę i strzelił do siatki. W 58 min. mogło się zdawać, że jest "po herbacie". Sebastian Stalka wypatrzył Wegnera, a "Diabeł" swobodnie dał drużynie trzeciego gola. Jak pokazał dalszy przebieg potyczki emocje i to spore miały jeszcze nadejść. 66. minuta i 3:1 za sprawą Rafała Wólczyńskiego. Po kilku minutach, w odstępie 60 sekund, obejrzeliśmy "gałę" dwukrotnie w celu. Dośrodkowanie Stalki, piłkę trącił głową Bartłomiej Lica, a B. Rutyna zrobił w tym przypadku właściwy użytek z lewej nogi. Niestety, po chwili ręką zagrał Lica, a Karol Narloch głową po wrzutce z wolnego wygrał pojedynek ze Sławomirem Słonką. Zatem 4:2. No i ta szalona końcówka... Doliczony czas, Adrian Kundro trafia na 4:3 i drżymy, a przecież wcześniej wręcz idealne okazje zmarnowali kolejno Krystian Szostek, Wegner, Władyczak i Patryk Klejdysz... Gdy Słonka znakomicie interweniował w następnej akcji i uruchomił kontrę, którą skończył golem na 5:3 Wegner (asysta Wojciecha Marczaka), kompletując hat tricka, wszyscy odetchnęli z ulgą...

::  Copyright © 2003-2021 MKS Debrzno  ::  Web design by Robert Białek  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone  ::